Na froncie nadziei, nie ginie szansa.
Z pamiętnika oddanego żołnierza.
Jeśli kiedykolwiek, moja córka uzna mnie za bohatera to pozwólcie jej tkwić w tej wierze.
Jeśli kiedykolwiek zapyta, dlaczego nie uczestniczyłem w jej życiu to powiedzcie, że toczyłem bitwę w imię jej wolności.
Jeśli kiedykolwiek za mną zapłacze, to pokażcie jej moje zdjęcie i uczcijcie mą pamięć minutą ciszy, bo ta będzie grać w rytm słów - Kocham Cię, córeczko, ponad życie.
Jeśli kiedykolwiek zapragnie ze mną porozmawiać, niech napiszę list i rzuci go w nurt rzeki, porwiste fale dostarczą go bez szwanku.
A jeśli ty, najdroższa zatęsknisz za mną, spojrzyj na nasze dziecię, bo to ono jest moim zwierciadłem, w jej oczach ujrzysz mą miłość do Ciebie, wyrytą dogłębnie w zarysach tęczówek.
Jeśli wy obie - żono i córko, zawahacie się czy moja dusza nadal tkwi w mym sercu, nie wierzcie, że przeżyłem. To znaczy, że zginąłem, po czterech latach walki o wolność mych braci. Poniosłem śmierć dobrą, doświadczyłem życia - urodziłem się, pokochałem, wniosłem w świat nowe istnienie, obroniłem tyle świata ile mogłem, a potem zginąłem na froncie.
Nie omieszkajcie płakać, łzy nas połączą, obciążę moje serce waszym cierpieniem. Będę dźwigał krzyż bólu całej naszej trójki.
Afganistan 19.05.1998.
24.12.2005 - Wigilia Bożego Narodzenia
-Proszę Cię, słoneczko, nie męcz się. Spakuj jego rzeczy i wynieś do piwnicy, zamknij jego miłość wraz ze wspomnieniami głęboko w pamięci, ale nie wywlekaj tak uporczywie na wierzch skrawków czasu. Im są one szczęśliwsze i piękniejsze tym bardziej Cię ranią. - Cisza sprzyjała cierpieniom, falowała spokojnie wokół serca i nanosiła do jego wnętrza więcej i więcej migoczących obrazów jego rozpromienionej twarzy, wspomnienia warstwami napływały do ciasnej zatoki duszy i zmywały brzegi stabilizacji, zarówno psychicznej jak i fizycznej.
Ludzie patrzyli na nią ze współczuciem, litowali się nad nią, chowali burzliwe chmury za słońcem uśmiechów i nic nie znaczących, wyuczonych na pamięć, formułek pocieszenia. Nikt, jak dotąd nie udał się do piekła po tą odwagę, by powiedzieć - On już nie wróci. Nikt, nawet najbardziej okrutny sprzymierzeniec szatana nie potrafił spojrzeć jej w oczy - zamglone gęstymi oparami wyrzutów do całego świata - i uświadomić ją w pewnym już fakcie. To by skreśliło jej życie, nie zostało by jej nic innego jak istnienie w ciągłych szponach niepojęcia, gorzkich łez i nieznośnego bólu, dla córki.
-On wróci, ja to wiem. Czuję, że jego serce bije. Ileż to razy mówił mi, że żyje dla mnie. Jeśli by zginął to bym to wyczuła, moje ciało ogarnęła by pustka, anioł śmierci wyrwał by ze mnie jakąś cząstkę. Natalia, myślisz, że bym nie poczuła ? - Szatynka już jakiś czas temu pojęła, że jej przyjaciółka objęła cierpienie chudymi ramionami i przygarnęła z uśmiechem na ustach, nacisk bólu na wrażliwy nerw psychiki nie pozwalał jej zapomnieć, zmuszał ją do życia w niepoprawnej wierze. A ona pragnęła pamiętać...
-Nie możesz marnować chwil, tak cennych, na płacz. Łzy to złodziejki czasu, nawet nie zauważysz, gdy pochłoną twoją erę. - Podnosi głowę, żal błądzi po jej bladej twarzy, intensywnie barwiąc skórę krwią płynącą strużkami z nadszarpanej podświadomości.
-Co konkretnie sugerujesz ? - Pyta prostując się na skórzanej sofie.
-Poszukaj szczęścia, Federico już Ci go nie podaruje, Ludmiła. - Natalia zasłania usta dłonią, uświadamiając sobie na jaki kataklizm skazała tą biedną istotę. Widzi swoje dłonie, splamione krwią, nic dziwnego... przecież zabiła jeden z kawałków jej nadziei. Nie rozumie co ją napadło, przecież to ona zawsze wpajała wszystkim na około, że nadzieja jest niezbitym składnikiem mieszanki na szczęście... bo dopóki jest nadzieja MUSI być i szansa.
-Na miłość Boską, dlaczego tak mówisz ? Dlaczego mnie okłamujesz ?! Nie masz prawa wątpić w Federico, rozumiesz ? Kim ty niby jesteś, aby tak postępować ? Podpowiem Ci. Jesteś potworem, w moich oczach stałaś się tyranem bez serca. Teraz grzecznie proszę Cię o wyjście, patrzenie na Ciebie sprawia mi niewyobrażalny ból, więc bądź tak miła i odejdź.
-To ty jesteś potworem, Ludmiła. Próbujesz zabić sama siebie, szkoda, że tego nie dostrzegasz. Pożegnam się z Caroline i już mnie nie ma.
-Nie, nie życzę sobie, byś zmieniła zdanie mojej córki o Federico, mała wierzy, tak samo mocno jak ja, że jej ojciec wróci. Do widzenia, Natalia. - Serce blondyny pustoszeje, wyrzucając z wnętrza kolejną kochaną osobę. Natalia wychodzi z domu głośno trzaskając drzwiami, pozostawiając po sobie otwartą ranę i odór cierpienia, które atakowało jej ciało.
Z pamiętnika oddanego żołnierza.
Walki są krwawe i okrutne, zmuszają nas do przeważenia jednej z szal losu - Zginąć, czy zabić ?
Krew wrogów niejednokrotnie znaczyła moje ciało, a krew przyjaciół, sącząca się z postrzałowych ran, miesza się z moją, tą płynącą we łzach.
Jak dotąd zabijałem nieprzyjaciół tylko w ostateczności, z czasem jednak nauczyłem się nie zastanawiać, tylko działać od razu. Nie miałem już wyrzutów, wahania mnie nie nawiedzały, a sumienie umilkło.
Jednak widziałem, że to jest słuszne. Zabijanie staje się mniej okropne, gdy w zamian za śmierć wroga postawisz sobie życie ukochanej.
Ludmiła jest jak mój front, będę go bronił choćby za cenę własnego życia.
Jeśli kiedyś dane Ci będzie to przeczytać, wiedz, że Cię kocham.
Afganistan 22.06.1999
-Mamo, tata będzie dzisiaj na kolacji ? Mówiłaś, że na pewno wróci na te święta. - Każde słowo, wyznanie, obietnica... wszystko jest zbyt kruche, by mogło spłynąć po ustach bez uszczerbku.
-Kochanie, wierzę w to, wierzę, że wróci, ale nie mogę być pewna. Jedno jest pewne, tatuś stanie w drzwiach domu i uśmiechnie się, pewnego dnia.
-Wiara bywa trudną, mamusiu. Już Ci mówiłam co bym chciała dostać w tym roku na święta. - Ludmiła obejmuje córkę czułym spojrzeniem, była taka podobna do Federico...
-Chcesz, by tatuś zawiesił gwiazdkę na choince. - To był ich tradycja, Caroline doskonale o tym pamiętała. Każdego roku, to Włoch, tuż przed wieczerzą zawieszał gwiazdę na czubku świątecznego drzewka, ubranego już od tygodnia.
-Nie zrobi tego, prawda ?
-Chyba nie... - Głos się łamię, łzy płyną nurtem, parzą w policzki, wypalają korytarze, nie pozwalają zapomnieć...nie zmywają bólu, one go niosą.
14-latka wtula się w matkę i zanosi histerycznym szlochem, nie chciała mówić mamie, ale nie potrafiła już dłużej palić lampki nadziei, kryształowy blask, zniknął w ciemnościach prawdy już dawno, nastolatka zdawała sobie sprawę z tego, że być może nigdy nie ujrzy już ojca. Caroline wolała zaakceptować prawdę, teraz, gdy była ona jeszcze przymglona, nie jasna, niż potem, kiedy wyłoni się z mroku, nieoczekiwanie.
-Mamo, nie płacz już, łzy nie zmyją bólu, tylko go podsycą. Sama mówiłaś, że ból karmi się łzami i wtedy powstaje cierpienie.
-Tak, słoneczko, ale cierpienie też jest potrzebne. Bez niego nie byłoby szczęścia. - Uśmiecha się przez łzy, dlatego dziewczyna nie może być zadowolona, gładzi Ludmiłę po policzku, ścierając wierzchem dłoni oszklony żal.
-Damy sobie radę, mamusiu. Mamy siebie, to najważniejsze, we dwie możemy znieść każdy, największy ból, ja wezmę trochę od Ciebie, a ty ode mnie, odciążymy się i dźwigniemy cały świat, dla nas, dla taty, bo nauczył nas, jak być silnymi.
Z pamiętnika oddanego żołnierza.
Życie w Afaganistanie, nigdy nie miało być sielanką. Jednak nie spodziewałem się aż tak krwawej rzezi, takiego okrucieństwa wobec dzieci, wobec kobiet...
Niektórzy mężczyźni nie znali umiaru, gwałcili małe dziewczynki, czasami też chłopców, kobiety, a nawet zwłoki.
Wojna nie jest dobra, bitwa pozbawia człowieka sumienia, jeśli chodzi o szerzenie zarazy śmierci, ale często pozbawia ich człowieczeństwa, ja umiałem jednak zachować ten klejnot, umiałem reagować na nieuczciwe zagrywki wobec ludzi, którzy nie byli zaangażowani w tą walkę.
Oczami wyobraźni widziałem Ludmiłę i Caroline, widziałem jak moja ukochana uśmiecha do mnie zza drzewa i nawołuje, śmiejąc się do naszej córki. Moja rodzina, moja siła, moje życie, moja walka. Zdecydowałem się na ofiarną służbę, ku czci dziadka, który zginął na wojnie, kilka lat temu. Żona wspierała mnie w dosięganiu marzeń, choć była przeciwna moim działaniom wojskowym. Zapewniałem ją, że wrócę. Nie jestem już taki pewny. Jest coraz niebezpieczniej, a my coraz bardziej okrutni.
Afganistan 17.10.2002.
-Porywam twoją córkę na popołudnie, widzimy się wieczorem na kolacji, u nas. Nie przyjmuję odmowy, Ludmiła. - Francesca obejmuje ją ramieniem i głaszcze po głowie. - Potrzebujesz teraz pobyć sama, dojść do siebie, a mała Ci w tym nie pomoże, będzie się tylko martwić. Pobędzie u nas, pomoże Carmen i Marco w dekorowaniu salonu, a ty dojdziesz do nas wieczorem.
-Pokłóciłam się z Natalią, kazała mi zapomnieć o Federico, Francesca. - Wtula się mocniej w przyjaciółkę, zgarniając po drodze do jej ramion ten ból, który kurczowo uczepił się jej istnienia.
-Nie słuchaj jej, wierz, ja też wierzę. Wierzymy razem, wierzymy zbyt silnie, by mogła by to być niesłuszna wiara.
-Dziękuję Ci, Francesca, za wszystko. Dziękuję, że jesteś, przy mnie i małej... - mówi chowając swoje cierpienie we wsparciu, jakie sięgało jej prosto z piekielnie dobrej duszy, kobiety.
-Podzięki nie są tu wskazane. Nie możesz mi dziękować za moje bycie. To coś niesłusznego, Luśka. Istnieje, bo tak chciało niebo, to jemu podziękuj.
-Podziękuję jak zwrócą mi męża. - Cisza wpełza w życie, przez jakiś czas wije się w spazmach pomiędzy zrównoważonymi oddechami, by po chwili pokryć głuchym płaszczem i to. Życie stało już w miejscu, gdy Ludmiła przypominała sobie namiętne pocałunki, czułe spojrzenia, silne objęcia...tyle szczęścia w jednej osobie, w jednym istnieniu, w jednym sposobie oddychania, w jednym krzyku serca, bo jego serce krzyczało, zawsze, gdy ona była w pobliżu.
Ballada, którą wygrywała jego dusza, gdy przestała już być nie mową, nieustannie przeplatała się z jękiem tęskniącego do życia ciała.
Muzyka, która przygrywała jego słowom nigdy nie opuściła jej umysłu, już zawsze miała barwić białą stronę potrzeb, bo wraz z jego odejściem, odeszły marzenia, melodia jego głosu i obraz jego ciała było tym co kryło się w pięknie realiów snów.
-Pilnuj jej, niech weźmie witaminy, dobrze ? I proszę, nie pozwalaj jej jeść zbyt dużo białka, wiesz, że ma uczulenie. - Ludmiła podnosi się z miejsca. - Caroline, proszę przyjdź do mnie, dobrze kochanie ? Dziewczynka po chwili staje w progu.
-Słyszałam, mamo, na pewno zostaniesz sama do wieczora ? - Błądzi wzrokiem po twarzy blondyny doszukując się - najdrobniejszego choćby - śladu wątpliowości.
-Ty się o nic nie martw, dam radę. Przygotuję się i przyjdę do was, przynieść coś ? Może wino ? Mam w piwnicy kilka dobrych roczników, trzymam na specjalne okazję, dzisiaj jest optymalny dzień.
-Super, widzimy się punkt 18 u nas w domu. - Włoszka uśmiecha się przebiegle i chwyta dłoń Caroline, dokładnie splatając ich palce. - Chodź, kochanie. Mamy dużo do zrobienia.
Caroline odwraca się jeszcze i macha matce na pożegnanie, uśmiechając się uczuciem miłości, serce Ludmiły pokrzepiło się do istnienia, przynajmniej na chwilę, dopóki drzwi frontowe nie zamknęły się delikatnie. Potem już tylko cisza i pustka, warunki sprzyjające rozwojowi mrocznych myśli, powstających u korzeni wspomnień, pnące się do serca po szczeblach nieszczęścia.
Podnosi się z miejsca, niechętnie, z przymusu, a nie nawet potrzeby. Przemierza bogato zdobiony korytarz i wchodzi do garderoby. Nim skieruje się na swoją stronę ubrań, pieszczotliwie gładzi, miękki materiał jego koszul. Prała je przynajmniej raz w tygodniu, potrafiła wstać w środku nocy i zabrać się za prasowanie jednej z czarnych marynarek, chciała, żeby wszystko było idealnie, kiedy powróci.
Minęło siedem lat, siedem długich lat, odkąd wyjechał, odkąd po raz ostatni przycisnął swoje wargo do jej, odkąd po raz ostatni spoglądała w jego oczy, te prawdziwe, a nie wyśnione. Dostała od niego zaledwie dwa listy, które nie grzeszyły długością, litery układały się w krótką treść
-Słyszałam, mamo, na pewno zostaniesz sama do wieczora ? - Błądzi wzrokiem po twarzy blondyny doszukując się - najdrobniejszego choćby - śladu wątpliowości.
-Ty się o nic nie martw, dam radę. Przygotuję się i przyjdę do was, przynieść coś ? Może wino ? Mam w piwnicy kilka dobrych roczników, trzymam na specjalne okazję, dzisiaj jest optymalny dzień.
-Super, widzimy się punkt 18 u nas w domu. - Włoszka uśmiecha się przebiegle i chwyta dłoń Caroline, dokładnie splatając ich palce. - Chodź, kochanie. Mamy dużo do zrobienia.
Caroline odwraca się jeszcze i macha matce na pożegnanie, uśmiechając się uczuciem miłości, serce Ludmiły pokrzepiło się do istnienia, przynajmniej na chwilę, dopóki drzwi frontowe nie zamknęły się delikatnie. Potem już tylko cisza i pustka, warunki sprzyjające rozwojowi mrocznych myśli, powstających u korzeni wspomnień, pnące się do serca po szczeblach nieszczęścia.
Podnosi się z miejsca, niechętnie, z przymusu, a nie nawet potrzeby. Przemierza bogato zdobiony korytarz i wchodzi do garderoby. Nim skieruje się na swoją stronę ubrań, pieszczotliwie gładzi, miękki materiał jego koszul. Prała je przynajmniej raz w tygodniu, potrafiła wstać w środku nocy i zabrać się za prasowanie jednej z czarnych marynarek, chciała, żeby wszystko było idealnie, kiedy powróci.
Minęło siedem lat, siedem długich lat, odkąd wyjechał, odkąd po raz ostatni przycisnął swoje wargo do jej, odkąd po raz ostatni spoglądała w jego oczy, te prawdziwe, a nie wyśnione. Dostała od niego zaledwie dwa listy, które nie grzeszyły długością, litery układały się w krótką treść
"Wszystko w porządku.
Kocham Cię.
Tęsknie. "
Tylko tyle, a równocześnie aż tyle. Napisał jej to o czym już wiedziała, ale przynajmniej otrzymała pewność, że żyje, że jest szansa, że wróci.
Potem umilkł, przed wyjazdem ostrzegał, że tak może się stać, ale ona nie spodziewała się, że nastąpi to tak szybko.
Wzdycha ciężko i puszcza nogawkę dżinsowych spodni, przechodzi na drugą stronę pomieszczenia, gdzie znajdują się schludnie poukładane ubrania kobiety.
Sięga dłonią po jedną z czarnych klasycznych sukienek, przez chwilę waha się czy wybrać tą krótszą czy dłuższą, ostatecznie wybiera kreacje ze spódnicą prawie do ziemi. Kładzie ją na komodzie.
Po długiej kąpieli, w której nie znalazła jego ciepłych dłoni, masujących nagie plecy wciągnęła suknię na siebie. Satynowy materiał z długim, bufiastym rękawem, gładko spłynął po białej skórze. Kobieta wygładziła tkaninę w okolicach biustu i talii.
Podpina gęste, złote loki srebrną wsuwką do włosów i układa kaskady włosów.
Z pamiętnika oddanego żołnierza.
To koniec, nie wrócę, nie zobaczę już mojej rodziny, nie zobaczę...
Czuję, że śmierć krąży u mych stóp, ona mnie pragnie. Nie mam szans. Powiedzcie Ludmile i Caroline, że je kocham. Zginąłem w słusznej sprawie, kochałem do końca, a jeśli jest coś po śmierci to będę kochać dalej.
Nigdy nie zapom / tekst niespodziewanie urwany.
Afganistan 22.07.2005
Uśmiecha się smutno.
-Wesołych świąt, Marco. - Wręcza mężczyźnie starannie zapakowane pudełko, kryjące w swym wnętrzu, jedną z najdroższych wód kolońskich.
-Doskonale wiesz czego Ci życzę, Ludmiła. To się nie zmieni, jesteśmy z Tobą. - Obejmuje ją mocno.
-Dziękuję - ledwo udaje jej się nie załamać głosu, już czuje, że łzy buchają z serca. Mogła zostać w domu, a nie psuć święta przyjaciołom i córce. Patrzy na czubek drzewka, jest puste, Francesca stara się jak może, ale jej nadzieja nie załagodzi palącego bólu, pałętającego się po wnętrzu organizmu.
-Ej, musimy otworzyć prezenty przed kolacją, chcę zobaczyć minę Ludmiły jak najszybciej.
-Fran, przyznaj się, że chcesz dorwać już prezent od swojego męża. - Marco mierzwi jej włosy, Francesca robi się czerwona ze złości, ale tłumi to w sobie, są przecież święta.
-Nie musieliście.
-Owszem, ja musiałam. Najpierw dziewczynki, a potem ty, Luśka. - Francesca pcha nastolatki w kierunku dużego drzewka.
Ludmiła kupiła córce w tym roku kilka stylowych prezentów, z uśmiechem wskazuje na paczki przeznaczone specjalnie dla niej. Carmen z kolei otrzymała od niej wymarzoną serię książek, liczącą czternaście tomów. Jakiś nastoletni romans, podobno niesamowity. Ludmiła nawet na niego nie spojrzała, bała się bólu.
-Mamo, jesteś niesamowita. - Caroline z zachwytem podziwia prezenty - kilka ubrań, książek, nowy laptop, srebrny łańcuszek z jej inicjałami i bilet na koncert ulubionego gwiazdora. Nic specjalnego, ojca jej nie zastąpi.
-Ludmiła, czas na twój prezent. - Francesca ciągnie ją za rękę. Blondynka niechętnie wstaje, nie chciała żadnego prezentu, nic ani nikt nie wypełni pustki po jego miłości. Luka była zbyt obszerna.
Kobiety stają w korytarzu.
-To jest na zewnątrz ?
-Nie to, tylko on, Wesołych świąt, Ludmiła. - Włoszka otwiera ciężkie dębowe drzwi.
Kobieta zamiera.
- Jeśli kiedykolwiek, moja córka uzna mnie za bohatera to pozwólcie jej tkwić w tej wierze.
Jeśli kiedykolwiek zapyta, dlaczego nie uczestniczyłem w jej życiu to powiedzcie, że toczyłem bitwę w imię jej wolności.
Jeśli kiedykolwiek za mną zapłacze, to pokażcie jej moje zdjęcie i uczcijcie mą pamięć minutą ciszy, bo ta będzie grać w rytm słów - Kocham Cię, córeczko, ponad życie.
Jeśli kiedykolwiek zapragnie ze mną porozmawiać, niech napiszę list i rzuci go w nurt rzeki, porwiste fale dostarczą go bez szwanku.
A jeśli ty, najdroższa zatęsknisz za mną, spojrzyj na nasze dziecię, bo to ono jest moim zwierciadłem, w jej oczach ujrzysz mą miłość do Ciebie, wyrytą dogłębnie w zarysach tęczówek.
Jeśli wy obie - żono i córko, zawahacie się czy moja dusza nadal tkwi w mym sercu, nie wierzcie, że przeżyłem. To znaczy, że zginąłem, po czterech latach walki o wolność mych braci. Poniosłem śmierć dobrą, doświadczyłem życia - urodziłem się, pokochałem, wniosłem w świat nowe istnienie, obroniłem tyle świata ile mogłem, a potem zginąłem na froncie.
Nie omieszkajcie płakać, łzy nas połączą, obciążę moje serce waszym cierpieniem. Będę dźwigał krzyż bólu całej naszej trójki.
Jeśli jednak wrócę, stanę przed wami w pełni zdrowia, to zniszczcie ten absurdalny testament, albo nie, ja sam to zrobię. -To on. Prawdziwy, nie jest urojeniem, nie rozmywa się w cieniach mroku, nie znika.
Mimo to nie wierzy, nie wierzy, że jej marzenie może przybrać kształt, kolor i stan istnienia.
Jej serce odradza się z popiołu, dusza zakwita siejąc we wnętrzu radość, szczęście i spokój. Nadzieja gaśnie, bo nie musi już płonąć, a tęsknota spełza po jej nadgarstku i ucieka, poszukując nowych ofiar... tutaj nie ma już czego szukać.
-Federico, kochany. - Rzuca mu się na szyję, wplata palce we włosy, pozwala sobie na zniknięcie, śmierć w ciepłych falach szczęścia i ukojenia. Po dawnym bólu nie ma już śladu.
-Już nigdy was nie opuszczę, przysięgam. - Sięga ustami jej ust, oboje spragnieni, tak samo stęsknieni, dwie dusze łączą pyły i zamykają się w ich miłości, splatającej silnie ich dłonie. Całuje ją bez opamiętania, szuka w kącikach warg śladów po dawnych pieszczotach, nie znajduje, zniknęły, to nic...wyryje nowe.
-Tat...Tatuś ! - Caroline rzuca się w silne, otwarte ramiona ojca. - Myślałam, że nie wrócisz.
Federico zamyka córkę w objęciach, płaczą oboje. Ludmiła wtula się w jego bok i opiera głowę na ramieniu córki, Włoch przygarnia żonę bliżej do siebie, obejmując wolnym ramieniem, a nastolatka gładzi plecy matki.
Są razem, znowu. Szczęście wita ich na początku nowej drogi życia.
Dobrnęłam do końca tej udręki. Ciekawe czy wam się udało...
Tragedia, wiem to. Bynajmniej jest świątecznie :D
Nie mówmy o tym czymś u góry.
Kochani, Wesołych świąt. Spełnienia marzeń, szczęścia, radości, samych sukcesów.
Może i nie ma śniegu, ale zapewne jest choinka i rodzina. Życzę wam, aby te święta były dla was kolejnym pozytywnym wspomnieniem do rodzinnego albumu chwil.
Zdrowia, wymarzonych prezentów. No wszystkiego czego zapragniecie.
Kocham was <333
Jeśli jednak wrócę, stanę przed wami w pełni zdrowia, to zniszczcie ten absurdalny testament, albo nie, ja sam to zrobię. -To on. Prawdziwy, nie jest urojeniem, nie rozmywa się w cieniach mroku, nie znika.
Mimo to nie wierzy, nie wierzy, że jej marzenie może przybrać kształt, kolor i stan istnienia.
Jej serce odradza się z popiołu, dusza zakwita siejąc we wnętrzu radość, szczęście i spokój. Nadzieja gaśnie, bo nie musi już płonąć, a tęsknota spełza po jej nadgarstku i ucieka, poszukując nowych ofiar... tutaj nie ma już czego szukać.
-Federico, kochany. - Rzuca mu się na szyję, wplata palce we włosy, pozwala sobie na zniknięcie, śmierć w ciepłych falach szczęścia i ukojenia. Po dawnym bólu nie ma już śladu.
-Już nigdy was nie opuszczę, przysięgam. - Sięga ustami jej ust, oboje spragnieni, tak samo stęsknieni, dwie dusze łączą pyły i zamykają się w ich miłości, splatającej silnie ich dłonie. Całuje ją bez opamiętania, szuka w kącikach warg śladów po dawnych pieszczotach, nie znajduje, zniknęły, to nic...wyryje nowe.
-Tat...Tatuś ! - Caroline rzuca się w silne, otwarte ramiona ojca. - Myślałam, że nie wrócisz.
Federico zamyka córkę w objęciach, płaczą oboje. Ludmiła wtula się w jego bok i opiera głowę na ramieniu córki, Włoch przygarnia żonę bliżej do siebie, obejmując wolnym ramieniem, a nastolatka gładzi plecy matki.
Są razem, znowu. Szczęście wita ich na początku nowej drogi życia.
Dobrnęłam do końca tej udręki. Ciekawe czy wam się udało...
Tragedia, wiem to. Bynajmniej jest świątecznie :D
Nie mówmy o tym czymś u góry.
Kochani, Wesołych świąt. Spełnienia marzeń, szczęścia, radości, samych sukcesów.
Może i nie ma śniegu, ale zapewne jest choinka i rodzina. Życzę wam, aby te święta były dla was kolejnym pozytywnym wspomnieniem do rodzinnego albumu chwil.
Zdrowia, wymarzonych prezentów. No wszystkiego czego zapragniecie.
Kocham was <333